Portal - Biecz
Strona główna / Anna i Tadeusz Pabisowie / Anna Pabis
Sobota - 18 listopada 2017 Klaudyny, Romana, Tomasza     
AKTUALNOŚCI
Anna i Tadeusz Pabisowie
Fundacja
Muzeum - film
Kopalnia Nafty w Pustym Lesie
Tadeusz Pabis (deutsche Ver.)
Od kopanki do szybu
Pionierzy przemysłu naftowego
Skaza na pomniku...
Wie war das mit dem Petroleum?
What was it with petroleum?
30-lecie muzeum - film
Wybitni naftowcy
Kalendariun Gorlicko - Jasielskie
Kopalnie, kopanki i szyby...
Historia Przemysłu naftowego
Ziemia gorlicka kolebką światowego przemysłu naftowego-film
Poszukiwania Nafty i Gazu Jasło
Książki które warto przeczytać - e-book + film
Jak do nas dojechać
Wieś Libusza
Zygmunt Pabis
Święta Barbara
Legendy...
Nasze osiągnięcia
Lotnicze wspomnienia - e-book
Napisali o nas...
Księga Gości
Forum
Polemiki i dyskusje ...
Linki
Kontakt
polski
Anna Pabis

                                                   

                                          ANNA PABIS 

                                   

                                     

                                                     

                                                                      TWÓRCZOŚĆ

               LITERACKA I MUZEALNICZA

 

Anna  Pabis, poetka, pisarka, publicystka, współtwórczyni Muzeum Przemysłu Naftowego i Etnografii w Libuszy urodziła  w Libuszy k. Gorlic, w rodzinie robotniczej, córka Adama i Stefanii Pyzik. Wykształcenie średnie, pracowała w Gorlickim Kopalnictwie Naftowym, obecnie jest na emeryturze.

Anna Pabis jest chyba jedyną kobietą w Polsce, która pisze wierszem i prozą na tematy naftowe. Skąd u niej taki hart, zapał, skąd czerpie tyle energii? Odpowiedź jest prosta, Anna kocha to co robi. Po prostu kocha ludzi i otaczający ją świat, który widzi w kolorowych barwach. Wychowana w niezamożnej rodzinie robotniczej, gdzie dużą rolę przywiązywano do tradycji. Wpojone w dzieciństwie wartości pielęgnuje całe życie. Dziś z uśmiechem wspomina skromne warunki, w jakich wyrastała przed drugą wojną światową, w czasie okupacji niemieckiej, trudne czasy powojenne. Pracowitość, oszczędność, skromność, prawdomówność i poszanowanie dla cudzej pracy wyniosła z domu rodzinnego, i nie pogubiła tych zalet po drodze.

          Od dzieciństwa miała tę iskrę Bożą i natchnienie do pisania. Pierwsze kroki w mowie wiązanej stawiała w latach 1940 - 1947, będąc uczennicą szkoły podstawowej w Libuszy. Z tego okresu zachował się pamiętnik szkolny Anny Pabis z domu Pyzik, z którego cytuję cztery  wierszyki: „ 1. Gdy opuścisz szkolne mury i podążysz w dalszy świat, wspomnij sobie moja droga koleżankę z szkolnych lat” 2. „Wpisać się do pamiętnika jest mi bardzo miło, lecz pozostać w twej pamięci milej by mi było”. 3. „Niech się twoja droga ściele z samych tylko róż, a od złego niech cię strzeże święty Anioł Stróż”. 4. „Jak srebrzysty strumień wody po zielonej płynie niwie, tak niech płynie wiek twój młody, słodko, mile i szczęśliwie”. W późniejszym okresie swego życia będąc już na emeryturze  napisała 14 tomików poezji.

1.     Wierszami modlę się do Ciebie Panie” 1993 r.

2.     „W blasku Biecza” 1993 r.

3.     „Gorlice i okolice w aureoli poezji” 1994 r.

4.     „Życiowe rozterki” 1995 r.

5.     „Myśli niespokojne” 1995 r.

6.     „Prawda i złudzenia” 1995 r.

7.     „Świat dziecka” 1997 r.

8.     „Ziemia naftą pachnąca” 1997 r.

9.     „Miłość i nadzieja” 1997 r.

10. „Bóbrka w aureoli poezji” 1999 r.

11. „Moja mała ojczyzna” 2000 r.

12. „Kolędy i pastorałki” 2000 r.

13. „Na scenie życia” 2003 r.

14.  „Cudowny świat zwierząt” 2004 r.     

15.  „Czar życia” 2006 r.

 

         Napisała 5 książek :

 

1. „Ciernista droga” 1995 r.

2. „Ballady libuskie” 1999 r.

3. „Ziemia Gorlicka na tle legend” 2000 r.     

4.”Ziemia biecka na tle legend” 2004 r.

5.”Życie i twórczość Anny. Pabis" 2004 r. (prof. K. Wojnar)

         

         „Wierszami modlę się do Ciebie Panie – tak zatytułowała Pani Anna pierwszy tomik, który został pozytywnie oceniony przez ks. biskupa rzeszowskiego Kazimierza Górnego, który napisał „–Wiersze w swej formie są zrozumiałe, a równocześnie tchnie z nich głębia ducha – może się nimi „modlić

każdy człowiek”. Później były następne utwory, jak: „W blasku Biecza”, które ukazują jak historia ziemi bieckiej odbija się w świadomości miłośniczki tej ziemi i ludzi podejmujących ten temat w odświętnym słowie, poetyckim słowie. Zachwyca urokliwym opisem przyrody i ludzi żyjących na Bieckiej Ziemi.                                                                                                       

         „ Gorlice i okolice w aureoli poezji” jest trzecim tomikiem Anny Pabis, który ukazał się drukiem w 1994 r. Na wstępie książeczki autorka zamieściła takie motto: „Co widzę, co kocham, jak myślę i czuję -  w niniejszym tomiku wierszem opisuję”. Tomik  poświęcony jest miastu Gorlice. Autorka w ciepłych serdecznych słowach opisała czasy minione i teraźniejsze.

         Tomik  4 „Życiowe rozterki” ukazał się w 1994 r. Na wstępie autorka zamieściła  stosowny cytat: „-Więdnie kwiat róży, marmur czas kruszy – przetrwają skarby, jak dobroć serca, szlachetność duszy” Tomik ukazuje  życie codzienne przekorne, czasem wiedzie pod wiatr, a w myślach pytanie : - kim jestem, dokąd podążam?  - Jaką drogą mnie los prowadzi, często bez zgody i zachwytu . Po prostu jestem tu i teraz. Być może, wykonuję czyjeś polecenie postawione na mojej drodze życia.

         Następny tomik 5 „Myśli  niespokojne” posiada piękne motto : „Tak mało wiemy o cudzych losach – a całą prawdę znają w niebiosach”. Wiersze pisane były w Gorlickim szpitalu, gdzie autorka przebywała wśród chorych. Toteż wiele w nim smutku i zadumy nad ludzkim losem, bólem, osamotnieniem i bezsilnością. Nasuwa się powiedzenie : „– Nic tu nie pomoże – co mnie dziś spotkało, jutro ciebie spotkać może”.

         Natomiast tomik 6 „Prawda i złudzenia”, to w twórczości autorki odprężenie. Na kolejnych stronicach powiało humorem i przekorą. Białe wiersze czyta się lekko i z uśmiechem. Jest w nich również myśl głęboka, bo taka jest psychika człowieka. Nasuwa się powiedzenie : "wnętrze drugiego człowieka – to nie czytelna mapa, którą  trzeba szkicować cierpliwie od nowa". Tomik zdobi taki morał : „Oj życie, życie po bezdrożach nas wodzisz – w płaczu się rodzisz, w smutku odchodzisz”.

         Siódma z kolei książeczka „Świat dziecka” – to przepiękny tomik  dla małych dzieci, to świat, który nas otacza : czworonożnych przyjaciół, wesołych rozśpiewanych ptaków i dziwacznych robaków, a nad wszystkim czuwa pyzate, uśmiechnięte słońce. Wiersze przepełnione miłością, dobrocią, ozdobione rycinami, są przemiłą lekturą do poduszki naszych pociech. Tomik ten zdobi motto według słów Jana Pawła II „ Moje drogie dzieci – daję wam całą miłość mojego serca”.

         Ósmy z kolei tomik poezji to „Ziemia naftą pachnąca”. Czytając te wiersze można usłyszeć bicie serca autorki. Tyle uczuć zawartych w mądrych słowach stanowi niezaprzeczalną wartość jej poezji. Autorka nie bawi się słowami, ona je starannie dobiera, układa w barwną mozaikę strof, niczym kobierzec lipińskich, krygowskich, kobylańskich pól utkany z kiwonów i szybów naftowych. Poetka swoje wiersze zawarte w ósmym tomiku poświęciła naftowcom Podkarpacia. Ich świetność przeminęła, pozostają w opowieściach i legendach o pierwszych zabytkowych kopankach ropnych. Utwory Anny Pabisowej sławią pracę i jedno z największych i najbardziej twórczych uczuć – miłość we wszystkich  barwach.

        „Miłość i nadzieja” jest 9 tomikiem Anny Pabis, do którego słowo wstępne napisał ksiądz MS Fryderyk Przybycień. „ Nie zwątpić, ale uwierzyć w miłość, której źródłem jest Bóg a Orędowniczką u Boga Matka Syna Jezusa Chrystusa – to złota nić, która wiąże ze sobą niczym polne kwiaty wierszowane  strofy  poetki Gorlickiej – Anny Pabis. Winni jesteśmy wdzięczność za kolejny tomik refleksji i modlitw człowiekowi, który kocha i przepełniony jest nadzieją.

        Mam wrażenie, że autorka nie liczy na zachwyty i wielkie nagrody za to co robi, bo ona daje bezinteresownie cząstkę swojej osoby. Jeśli czegoś oczekuje, to wydaje mi się – większej miłości i niezachwianej nadziei u Boga. Ona wie, że jedynie Bóg jest źródłem prawdziwej miłości i oparciem w zwątpieniu”.

          „Moja mała ojczyzna” jest 11 z kolei tomikiem poezji skupiającym wiersze, opiewające rodzinne strony poetki. Możemy w nim znaleźć utwory o ziemi Gorlickiej, a więc o Kobylance, Dominikowicach, Bieczu, Libuszy i in. Jest to ojczyzna  ludzi, ograniczona terytorialnie, ale kryjąca nieprzebrane źródło uczuć patriotycznych, z których warto czerpać pełnymi garściami. I to czyni poetka A. Pabis, wychowana w tych stronach, zna je bardzo dobrze, nie obcy jest jej żaden zakątek ziemi Gorlickiej. Patrząc na te pagórki, lasy zielone z rozrzewnieniem wspomina dawne czasy. Lektura tego tomiku – to wspaniała lekcja historii oraz geografii, skarbnica wiedzy o naszych rodzinnych stronach. A wszystko to jeszcze przepojone jest miłością, niekiedy tęsknotą.

       Czytając te wiersze człowiek czuje się jakby tam był w każdym zakątku tej małej, ale własnej ojczyzny. Tak bardzo potrzebna jest nam tego typu poezja, która przybliża nam lokalność, nie pozwala o niej zapominać, pokazuje nam jej piękno. To właśnie ona kształtuje umiłowanie ojczystej ziemi, zakorzenia człowieka w jej środowisku. Poprzez nią większość ludzi identyfikuje swoją tożsamość.  Red. Mgr Beata Kraus, Ropica Polska-2000 r.

        Dwunasty z kolei tomik „ Kolędy i pastorałki”, napisany i wydany z okazji jubileuszu roku 2000, do którego słowo wstępne napisał na podstawie „Listu Apostolskiego Jana Pawła II „Tertio Millenino Adveniente” o. Krzysztof Sroka, Klasztor oo. Franciszkanów w Bieczu

         „Ciernista droga pani Anny Pabis” - Przenoszę na papier co w sercu swym czuję – Takie motto zamieściła autorka książki o ciepłej, różowej okładce z dziewczyną stąpającą po wiejskiej kamienistej drodze. W perspektywie górski pejzaż. Smutek i zamyślenie emituje od chłopskiej córki idącej za chlebem, zmuszonej biedą do opuszczenia rodzinnego gniazda. Widoczek raczej nawiązuje do Stefanii, matki autorki idącej boso 10 kilometrów  do Staszkówki na służbę.

         Autorka w swej przedmowie, w refleksji nad przemijającym życiem , mając tą  iskrę Bożą do opisywania zadała sobie trud zatrzymania w czasie, jak w kadrze filmowym życia pokolenia dziadków, rodziców i jej samej. Musiała się sporo napracować, aby zebrać wiele opowiadań od babci, matki i sąsiadów, ale efekt znakomity. Powstała przemiła książeczka, którą jak to się popularnie mówi – przeczytałem jednym tchem, co jest dużym sukcesem autorki. Nie ma w niej jakiejś wyszukanej intrygującej akcji, ale jest dużo szczerości prawdziwego klimatu tamtych czasów udokumentowanego fotografiami i rycinami. Ten niemalże kronikarski zapis dziejów i faktów nasuwa mi moje własne wspomnienia, podobne przeżycia. Jak przez mgłę pamiętam podobny klimat życia wiejskiego – ciemnota i zwyczajna galicyjska bieda.

         Autorka ubarwiła książkę wieloma zabawnymi legendami , jak: o kawalerze idącym w zaloty, który nie przyzwyczajony do noszenia spodni, zostawił je na krzaku, czy też o szewcu pilnującym nieboszczyka, o czarownicach, które psuły gospodyniom mleko oraz wiele innych zabawnych historyjek z życia mieszkańców żyjących w zamierzchłych czasach. Autorka chciała jak najwięcej przekazać czytelnikom obrazków swego życia oraz swych przodków. Życia trudnego czasami wręcz złego, odpryski radości i wielkiej nadziei. Anna  ukazała świat jej dzieciństwa, który był inny. Był biedniejszy, bez  cywilizacyjnych wygód, bardziej zacofany, bo takie warunki życia były, ale za to był to świat pełen prostoty, wielkiej życzliwości, kiedy to ludzie dużo rozmawiali ze sobą, dużo wiedzieli o swych problemach. Był to świat bardziej magiczny i uduchowiony,  świat bez pazerności i zakłamania. Red : B. Potok „Tygodnik Gorlicki” z dnia 18 X 1996 r. str. 7.

         W październiku 1999 r. ukazała się drukiem kolejna książka Anny Pabis  „Libuskie ballady”. Książkę drukowała Mała Poligrafia Redemptorystów w Tuchowie. „Człowiek jest tyle wart – ile czyni dobra innym”. To szlachetne motto, w pełni odzwierciedla to, co autorka pragnie czytelnikowi powiedzieć o swojej ziemi, o jej pięknie, o trudzie i miłości, którą przeżyła w ukochanej przez nią Libuszy. W tej jakże bogatej i pięknie ilustrowanej książce zawierającej wieści z czasów zamierzchłych i informacje współczesne, odmalowane zostało życie mieszkańców, ich troski i radości, jakie dane było im przeżyć w różnych sytuacjach w czasie pokoju, najazdów i wojen – okresie rozkwitu i kryzysów, a wszystko to jest splecione w wianuszek kwiatów polnych. Wyraża ufność w Boga, który ten świat ma w opiece.

         W książce jest zawarta legenda i historia Gorlicko - Bieckiego  regionu, przedstawiona wierszem i prozą od zarania dziejów po czasy współczesne. Oprócz zamierzchłych czasów autorka wprowadza czytelnika w okres I i II wojny światowej i okupacji niemieckiej. W walce podziemnej szczególnie zarysowany został udział księdza bernarda Koszyka. Ukazane również zostało świątobliwe życie sługi Bożego brata Alojzego Kosiby. Przedstawiona została historia Szkoły Powszechnej w Libuszy oraz dzieje libuskich świątyń.

         W dziale legend, pięknie ujęte zostały opisy przygód, o których krążą opowieści wśród ludu. Zaprezentowane zostały libuskie kapliczki i krzyże przydrożne ustrojone kwiatami.

         Ziemia libuska wydała też wielu naukowców i twórców kultury, których przypomniała nam autorka. Dlatego dobrze się stało, że ukazała się kolejna publikacja Anny Pabis – gorlickiej poetki i pisarki, która od serca mówi – co dobre i piękne...   /Red.  Beata Tyszkiewicz , Katowice -  2000 r./.

         „Ziemia Gorlicka na tle legend”, książka (słusznie nazwana bestselerem) jest zbiorem legend związanych z Ziemią Gorlicką. Legendy i podania to rodzaj opowieści ludowej o postaciach bądź wydarzeniach historycznych lub częściowo wymyślonych, przesycone elementami fantazji, niezwykłości i cudaczności utrwalonej w pamięci mieszkańców gorlickiego regionu.

         Autorka wprowadza nas w cudowny świat baśni i legend bo w dzisiejszym świecie pazernym, okrutnym pełnym przemocy miło jest zasiąść z taką lekturą w dłoniach. Uciszyć smutne myśli, odizolować się od teraźniejszości. Zagłębić się w świat legend i baśni gdzie zazwyczaj zło zwycięża dobro, wczuć się w ten świat marzeń, ukojenia i śnić o lepszym doskonalszym świecie, gdzie człowiek zespolony z otaczającą przyrodą, urzeczony pięknem ojczystej ziemi poczuł by się wolny, radosny, doceniony. Mógłby bez lęku patrzeć w przyszłość ufny jak dziecko.

W dniu 8 września 1999 r. w pięknej Rotundzie przy ul. Lubicz w Krakowie, w sali wypełnionej do ostatniego miejsca odbył się nastrojowy wieczorek pt. „Muzyka, poezja, śpiew – Lato 1999 r.”. Pod przewodnictwem znakomitego muzyka i solisty pana prof. Stefana Starzyka z Krakowskiej Filharmonii. Przy akompaniamencie wspaniałej muzyki, wśród śpiewu, w przerwach deklamowane były wiersze Wisławy Szymborskiej, Juliusza Słowackiego i Anny Pabis z Libuszy.

Z wielką satysfakcją piszę te słowa i cieszę się ogromnie, że nasza rodaczka zza miedzy zajęła miejsce wśród sławnych poetów. Jestem pod urokiem twórczości Anny Pabis – ciepłej, szczerej, trafiającej wprost do serca. Życzę pani Annie kolejnych sukcesów.             

Działalność muzealnicza : Anna Pabis jest współtwórczynią Muzeum Przemysłu Naftowego i Etnografii w Libuszy, założonego wspólnie z mężem Tadeuszem w 1977 r. , które od czerwca 2000 r. prowadzi statutową działalność jako Fundacja Upowszechniania Historii Przemysłu Naftowego w Regionie Gorlicko- Bieckim. Muzeum zostało  poświęcone w dniu 6 lipca 2002 r.

 

     Anna Pabis swoim życiem i działalnością pragnie pozostawić trwały ślad stapiający ze śladami przodków i podkarpackich naftowców, które tak uparcie utrwala i pragnie ocalić od zapomnienia. Jest to pasjonujące zajęcie, któremu poświęciła wiele lat pracy, nakładu sił i własnych środków finansowych..                                                                                                     

W 2007 r. mija 30 lat od chwili założenia muzeum w Libuszy. 30 lat pracy, trudu, poświęceń i poszukiwań, a zarazem kilkadziesiąt lat pasji i życiowych namiętności. Początkowo skromne zbiory muzealne mieściły się w niewielkim pokoiku jej domu. Następnie w budynku gospodarczym stworzyli trzy obszerne pomieszczenia, które własnym kosztem ze skromnych emerytur przystosowali na 3 sale muzealne

W Muzeum Przemysłu Naftowego i Etnografii w Libuszy zgromadzono wiele cennych eksponatów. Do najstarszych reliktów z przeszłości przemysłu naftowego zaliczyć należy rekonstrukcję zabytkowej destylarni nafty z 1856 r., kuźnię kopalnianą z połowy XIX w., galony ceramiczne na naftę i formy parafinowe z rafinerii hr. Adama Skrzyńskiego (1872 r.), rekonstrukcje szybów naftowych (kanadyjski i pensylwański z lat 1884-1939, zabytkowa, pierwsza na świecie kopanka „Stanisław” /rekonstrukcja/ z kopalni „Pusty las” z 1852 r., dokumentacja starych kopalń, mapy, zdjęcia, życiorysy nafciarzy, zapiski i pamiętniki naftowców, narzędzia wiertnicze, eksploatacyjne i instrumentacyjne oraz wiele innych dokumentów świadczących o kolebce przemysłu naftowego na ziemi gorlickiej.

W dziale etnografii Pani Anna zgromadziła /w dwóch salach/  ponad 400 cennych staroci, jak : kufer wianny (XIX w.), szafa rzeźbiona w dębie, żarna ręczne do mielenia zboża, dzieże, niecki, łopaty do pieczenia chleba, przysiadki, wrzeciona, kołowrotki do przędzenia lnu, międlice, cierlice i zgrzebła do obróbki lnu i konopi. Łóżka, kołyski dziecinne (XIX w), obrazy olejne i oleodruki, kapliczki przydrożne, koszula zgrzebna (1940 r.), garnki gliniane, kamienne i żeliwne, prasy do sera, szatkownica do kapusty, pralki do ręcznego prania ”Tary”, zydel szewski wraz z przyborami, narzędzia stolarskie i kowalskie, buty drewniaki, gwiazda kolędnicza, manierki wojskowe na kawę oraz wiele innych staroci, które Anna pieczołowicie czyści i konserwuje. Ileż to potrzeba było pracy i poświęcenia...

Muzeum Przemysłu Naftowego i Etnografii w Libuszy staje się prawdziwą skarbnicą materiałów historycznych. Coraz bogatszy jest zbiór druków zwartych, czasopism, dokumentów źródłowych, map, szkiców i fotografii, dlatego sądzić należy że muzeum to stanie się poważnym ośrodkiem badań historycznych i dostarczycielem materiałów dla badaczy dziejów kopalnictwa naftowego.

 Muzeum w Libuszy usytuowane w malowniczym zakątku Małopolskiej krainy, przy drodze asfaltowej w odległości 3 km od miasta Biecza i 7 km. od Gorlic, posiada wspaniałe widoki krajobrazowe ze świeżym powietrzem. Dotychczas Muzeum w Libuszy odwiedziło wiele szkół, studentów, turystów krajowych i zagranicznych, naukowców, dziennikarzy, ludzi nauki i kultury   czego dowodem są wpisy do Księgi Pamiątkowej. Cytuję kilka fragmentów z tej księgi : 

„Zbiory Państwa Anny i Tadeusza Pabisów są wspaniałe, choć mamy wątpliwości, czy to nie za mało powiedziane. Doceniamy ich poświęcenie i trud, a także wyjątkowe zdolności pisarskie, które można dostrzec w każdym ich dziele, zarówno w poezji, jak i w prozie. To niesamowite, że tacy ludzie istnieją. Z pewnością ludzi wyjątkowych jest mało na tych terenach, ale nie jest grzechem powiedzieć, że Państwo Pabisowie to pierwsi z pierwszych i duma Ziemi Gorlickiej. Życzymy im dużo zdrowia i wytrwałości w dążeniu do obranych celów”. Agnieszka i Tomasz Kurowscy z wycieczką, Kraków dnia 5 06 1990 r.

     „Było nam miło zagłębić się niczym w kopankę naftową, w głęboką i ogromną wiedzę sympatycznych i przemiłych gospodarzy Muzeum Przemysłu Naftowego i Etnografii w Libuszy. Dziękujemy za udostępnione materiały”. Ewa Welc  z koleżankami, Gorliczanki studiujące w Krakowie, Gorlice 30 XII 2003 r.

      „W imieniu Klubu Seniora Naftowca w Krakowie dziękujemy za trud włożony w utworzenie niniejszego Muzeum. Wrażenia z wycieczki do „ kolebki nafty”  zostaną na długo w naszej pamięci. Powodzenia w gromadzeniu eksponatów i życzenia wszelkiej pomyślności”. (35 podpisów) Kraków 11 06 2001 r.

         „Z podziwem i wdzięcznością  zwiedziliśmy Muzeum Przemysłu Naftowego i Etnografii. Dziękujemy Zacnej Anie z mężem Tadeuszem za ocalenie od zapomnienia naszego kulturowego dziedzictwa. Życzymy zdrowia, pogody ducha, wdzięczności i miłości od ludzi i wszechobecnej Bożej opieki. Niech zapał do zbieractwa nadal będzie Waszą pasją i przynosi Wam radość”.  V  Zjazd Koła Miłośników Ziemi Kobylańsko– Dominikowickiej, 13-14 X 2000 r.

Anna Pabis opublikowała ponad 100 artykułów w czasopismach naftowych, prasie krajowej i regionalnej. Dziesięć lat współpracowała z „Gazetą Gorlicką, obecnie współpracuje z redakcją „Technika Poszukiwań Geologicznych Geosynoptyka i Geotermia” w Krakowie, „Tygodnik Gorlicki”, „Kwartalnik Gorlicki”, „Terra Biecensis” i in. Za swoje zaangażowanie pisarskie otrzymała 12 października 2001 r. od Redaktora Naczelnego Technika Poszukiwań Geologicznych podziękowanie następującej treści: „W imieniu Redakcji i Rady Redakcyjnej dziękujemy Pani za wydatny udział w tworzeniu poszczególnych numerów naszego dwumiesięcznika i życzymy dobrego zdrowia do dalszej kontynuacji pracy literackiej, muzealnej i społecznej, jaką Pani prowadzi od wielu lat. Mamy nadzieję, ze Pani trud i wysiłek zostanie pozytywnie oceniony nie tylko przez nasze pokolenie, ale również przez przyszłe pokolenia, które z Pani książek będą się dowiadywać o warunkach życia i bytowania naszego pokolenia: /W podpisie – sekretarz redakcji - Elżbieta Pawlik, Redaktor Techniczny - Bogdan Ludwikowski i Redaktor Naczelny – Julian Sokołowski/. Anna Pabis bierze aktywny udział w licznych spotkaniach z młodzieżą szkolną turystami, naftowcami, udział w wieczorkach literacko – poetyckich, występuje przed kamerami Polskiej Telewizji oraz na antenie Polskiego Radia, bierze udział w licznych wystawach i kiermaszach itd.

        Za swoją twórczość pisarską i muzealniczą otrzymała wiele nagród, pochwał i wyróżnień. W 1998 r. otrzymała tytuł „Gorliczanin 1997 r.” oraz „Złote Pióro”. W styczniu 2000 r. odznaczona została przez Zarząd Główny Stowarzyszenie Inżynierów i Techników Przemysłu Naftowego i Gazowniczego w Krakowie Honorową Złotą odznaką SITPNiG. W dniu 5 lutego 2005 r. otrzymała doroczne wyróżnienie „Most Starosty” Za Wybitne Osiągnięcia w Dziedzinie Poezji.

          Poetka i pisarka Anna Pabis jest honorowym członkiem Stowarzyszenia Miłośników Ziemi Gorlickiej, honorowym członkiem Towarzystwa Przyjaciół Biecza i Ziemi Bieckiej, honorowym członkiem Stowarzyszenia Miłośników Ziemi Dominikowicko – Kobylańskiej, honorowym członkiem Klubu Seniora Naftowca w Krakowie oraz członkiem Klubu Literatów i Artystów przy krościeńskim Domu Kultury w Krośnie.

Prof zw. dr hab. inż. K. Wojnar

                                              

                                                        Życiorys

        

         Urodziłam się 10 lipca 1933 roku w Libuszy k. Biecza, byłam czwartym z kolei dzieckiem Adama i Stefanii Pyzików z domu Szary. Ojciec (1896-1978) pochodził z Szerzyn, a mama (1894  – 1965) urodziła się w Bieczu, gdzie jej ojciec, a mój dziadek Jan Szary pracował w klasztorze o.o. Franciszkanów. Mama moja była 10 lat kucharką w Bieckim klasztorze, zaś jej młodsza siostra Honorata ( 1904 – 1986 ) , jako zakonnica pracowała ponad 45 lat w sierocińcu we Francji. Moi rodzice pobrali się w 1822 r.. W 1930 r. nabyli w Libuszy 2 ha ziemi z parcelacji majątku po hr. Skrzyńskich. Wybudowali drewniany dom kryty dachówką i budynek gospodarczy. Spłacali zaciągnięty dług i „ ledwo wiązali koniec z końcem”. W tym czasie kryzysu  ja przyszłam na świat, aby zakosztować niedostatku.                                                                          

Pierwszą osobą, która oglądała mnie po urodzeni była cyganka chodząca po prośbie. Cyganka stwierdziła, „że dziecko jest ładne” – z czego do dzisiaj się cieszę.   Byłam podobno cicha i spokojna. Gdy leżałam w kołysce, rzadko płakałam, bo widocznie nie chciałam sprawiać większego kłopotu udręczonej mamie, która miała jeszcze troje dzieci na opiece i wiele obowiązków gospodarskich czekało na jej ręce. Najstarszy brat Julian liczył dziesięć  lat, młodszy Michał siedem, a siostra 3 lata. W drugim tygodniu od urodzin zostałam ochrzczona w kościele parafialnym w Libuszy. Na chrzcie św. otrzymałam imię Anna. Rodzicami chrzestnymi byli : Zofia Zielińska (1907-1986) ciocia z Biecza i Wojciech Woźniak (1894-1966)  sąsiad z Libuszy.

         Moje dzieciństwo było smutne. Z braku  prawdziwych zabawek,. bawiłam się butelkami, pudełkami po zapałkach, a jesienią kasztanami i żołędziami.

 Pamiętam – w sąsiedztwie u chrzestnego Wojciecha  trzy jego córki starsze ode mnie  miały dużą lalkę z mrugającymi oczkami. Była w moich dziecięcych oczach istnym cudem. Dziewczęta często pozwalały mi się lalką pobawić. Razu pewnego wzięłam ją zwyczajnie na ręce i uciekałam ile sił miałam w małych nóżkach. Dziewczyny mnie dogoniły i lalkę odebrały. Chociaż chrzestna protestowała : - Dajcie jej spokój - pobawi się trochę i odniesie ! Te jednak nie usłuchały , lalkę zabrały. Przyszłam do domu z okropnym  płaczem. Mama mnie uspokajała jak mogła najczulej – żal mi się zrobiło na widok jej smutnej miny, że swojemu dziecku nie może kupić nawet lichej zabawki, gdyż nie miała pieniędzy na taki „luksus”.

         Po dwóch dniach od owego zajścia z lalką przyszedł do naszej chaty służący sąsiada imieniem Jan. Był to mężczyzna w średnim wieku, o krępej budowie ciała. Miał twarde spracowane dłonie. Był nadzwyczaj uczynnym, o dobrym sercu człowiekiem. W zanadrzu przyniósł mi lalkę wystruganą własnoręcznie z drzewa lipowego. Pomalowana była farbą olejną na kolor żółty. Nogi i ręce miała ruchome, umocowane na gwoździach. I chociaż nie miała mrugających ocząt ani kręconych włosów w loczki – była moją własną zabawką dziewczęcą, z którą długo się nie rozstawałam.

         Jako sześcioletnia dziewczynka pamiętam jesień 1939 r. Do naszej chaty z racji zaprzyjaźnienia przychodziło sporo sąsiadek i sąsiadów, bo moja mama była lubianą, wesołą, rozmowną kobietą. Zresztą dawniej ludzie w Libuszy szanowali się wzajemnie i  dzielili wspólnie swe troski i radości. Ojciec również uchodził we wsi za oczytanego człowieka, który umiał interesująco rozmawiać. Słyszałam jak często mówili o grożącej nam wojnie z Niemcami. Słuchałam wszystko z zaciekawieniem, chociaż nie bardzo jeszcze rozumiałam, jaka to będzie wojna.

         Nadszedł dzień pierwszego września 1939 roku. Dzwony w libuskiej świątyni, jak również w innych pobliskich kościołach dzwoniły jakoś  żałośniej, jakby płakały nad losem tych, którym niedługo przyjdzie umrzeć za ojczyznę. Sąsiad Franciszek Basista z Kobylanki, który miał pierwszy we wsi antenowe radio na słuchawki, uchwycił na falach eteru okropną wiadomość : - Niemcy napadli na Polskę ! Ten pamiętny wieczór był taki piękny, ciepły, naokoło było cichutko. Księżyc w pełni przyświecał ludziom przyjaźnie, jakby nic się nie stało, szedł po dawnemu po swojej określonej orbicie. A jednak stało się coś strasznego, co lepiej zrozumiałam gdy podrastałam w ciągu pięcioletniej okupacji niemieckiej.

         Była wiosna 1942 roku. Ksiądz Jan Bibro proboszcz parafii Libusza przygotowywał drugą klasę do pierwszej Komunii Świętej. Gdy szedł na naukę religii, trzymał szeroko rozstawione ręce, a dzieciska biegły za nim i obcałowywały jego pulchne dłonie. Duchowny nie miał do dzieci cierpliwości ani ojcowskiego podejścia. Może tylko kilka razy podczas nauczania o Bogu i świętych widziałam na jego twarzy grymas podobny do uśmiechu. Był nerwowy. Zawsze na lekcje religii przynosił krótką linijkę. Za jakieś błahe przewinienie chłopców kładł brzuchem na krześle i w tylną część ciała wymierzał bolesne razy. Natomiast dziewczętom w takim przypadku powiadał:

-         Daj łapę !

Bił niemiłosiernie po wiotkich dłoniach dziewczęcych. Ja również kilka razy bezlitośnie oberwałam, chociaż często zastanawiałam się - za co ? Może to nie było tyle bolesne, jednak to publiczne upokorzenie  i  ten wstyd wobec całej klasy, pozostały w pamięci na długie lata.

         Nadszedł dzień pierwszej Komunii Świętej, do naszej chaty przyszła sąsiadka Antonina Woźniakowa, która mówiła do mojej mamy:

- Kumo, wiem, że wasza Anusia nie ma białej sukienki -  ja mam takie życzenie, aby poszła w sukience z moich córek...

         Ubrałam pożyczoną  sukienkę. Na nogach miałam białe krótkie skarpetki w zielone paski i czarne półbuty. Na rozpuszczone , naturalnie kręcone  włosy  w loczki nałożyłam wianek z białych polnych stokrotek, W ręce zamiast białej lilii miałam zwykłą świecę parafinową.

         Pamiętam, w poprzedzający dzień lało całą noc do rana, niebo było zapłakane. Wezbrana woda w polnym potoku zalała wąską kładkę. Mama idąca ze mną do kościoła, wzięła mnie na barana i przeniosła przez rozlaną rzeczkę.  Po mszy świętej zaproszono dzieci na plebanię na śniadanie. Na stole nakrytym białym obrusem były talerze z kromkami bułki domowego wypieku grubo posmarowane masłem. Obok stały kubki na białą kawę z mlekiem. Jak na owe czasy wojenne była to naprawdę komunijna uczta. Uradowane dzieci jadły z ogromnym apetytem, mogły się przynajmniej raz najeść do syta.

         Wkrótce Niemcy wysiedlili nas ze szkoły. Wynieśli jeszcze ciepłe ławki na podwórze, które jakby dla zabawy, ułożyli w wysoką pryzmę, a później w dni zimowe kolejno je rąbali i palili w piecach. Część dzieci z przysiółka „Ogniwo” uczyła się w domu po zlikwidowanym Żydzie Pinkiesie. Druga grupa dzieci zza cmentarza znalazła przytułek w prywatnej izbie pani Kasperskiej. Natomiast ja z małą grupą uczniów spod Kobylanki mieliśmy lekcje w domu „Siwej Polci”. Dom ten stal po drugiej stronie libuskiej remizy strażackiej. Była to długa chata na dwa końce. Nasza okupacyjna klasa mieściła się w dużej kuchni, w której były dwa okna. Na środku stał długi stół na skrzyżowanych nogach i jedno krzesło skrzypiące dla nauczycielki. Dzieci stały wkoło stołu ubrane w zimowe kapoty w izbie nie opalanej. Podstawowym atrybutem wojennej szkoły był rysik i kamienna tabliczka. Były doskonałym wynalazkiem naszych przodków. Nie robiło się kleksów i nie plamiło rąk, a po napisaniu na tabliczce tekstu, gdy już temat utrwalił się w głowie, pismo po uprzednim popluciu lustra tabliczki, ścierało się rękawem do sucha, aby od nowa kaligrafować nowy tekst.

         W związku z przedłużającą się okupacją, do naszej chaty zaczęła zaglądać bieda. Chleb razowy kroiła mama oszczędnie dla wszystkich po kromce, resztę chowała na jutro. Do szkoły brałam kromkę chleba czarnego jak bobo, bez żadnych dodatków jak masło lub smalec. Miałam wtedy silne zdrowe zęby, ale nie było co nimi jeść. Chleb razowy smakował jak dzisiejsze pszenne chrupiące bułeczki.

         Okupacja niemiecka nadal trwała, ciągle mówiono o jej skutkach. Wspominano o ofiarnych żołnierzach września, którzy spoczywali w dwóch zbiorowych mogiłach na terenie Libuszy. Ze zgrozą rozmawiano  o egzekucjach i zsyłkach do obozów. Po zapadnięciu zmroku okna w domach musiały być   zaciemnione, obowiązywała godzina policyjna. Ludzie byli smutni i zastraszeni.

         Do naszej chaty sołtys wsi Libusza przydzielił trzech Niemców z taborem konnym. Okupanci zajęli  jedyny nasz pokój na kwaterę. Jeden  Niemiec był butny i nieludzki. Widocznie nie lubił małych dzieci bo najbardziej na mnie wrzeszczał. Bałam się go ogromnie,  zaś dwaj pozostali zachowywali się z godnością. 

         Front zbliżał  się szybkimi krokami. Trwały zacięte walki pod Duklą. W dzień słychać było głuche dudnienie armatnie, a nocą widać było na niebie rozległą czerwoną łunę. Niemcy odjechali na front. Jakby w zamian  przydzielono nam wysiedlonych spod  Żmigrodu. Dwoje staruszków z wnukiem Dominikiem. Do naszego schludnego domu przywieźli z sobą całą nędzę wojny: wszy, pchły i świerzb. Mama walczyła z tym plugastwem  jak mogła, zważywszy, że brakowało mydła i innych środków czystości. Jakby na większe nieszczęście Niemcy aresztowali najstarszego brata Juliana (1923-1998) , który jak się później okazało był w szeregach AK. Te wszystkie  smutki kładły się cieniem na moim młodym życiu. Martwiąc się – co z nami będzie, płakałam nocą w łóżku.

         Pewnego jesiennego popołudnia  pasłam z kolegami krowy na dworskiej łące. W pewnym momencie zauważyliśmy lecący od strony Zagórzan na małej wysokości  olbrzymi samolot. Samolot ostrzelany przez baterie p. lotnicze, zrzucał po drodze bomby jako zbędny balast. Leciał wprost na nas. Ukryliśmy się w rowie melioracyjnym, naciągając na siebie snopy zgrabowin owsianych. Słyszałam potworne detonacje. Samolot przeleciał nisko ciągnąc za sobą smugę czarnego dymu. Wystraszone wyszliśmy ostrożnie z ukrycia, na szczęście cali i zdrowi. Jak się okazało ostatnia bomba wybuchła w odległości 50 kroków od naszej kryjówki. Mniej więcej w takich odstępach spadały pozostałe  bomby. Więc gdyby była jeszcze jedna bomba, nie napisałabym tego wspomnienia.

         I znowu nowe zmartwienie, nasza wioska miała być wysiedlona, jednak front przesunął się szybko, zostaliśmy uratowani. W odległości kilometra od naszego domu były na drodze dwa rozbite samochody niemieckie. Mieszkańcy okoliczni pod ostrzałem napierających wojsk sowieckich rozgrabili całą zawartość samochodów dostawczych. Wieczorem, gdy wokół wszystko ucichło poszłam z wysiedlonym Dominikiem z ciekawości zobaczyć to miejsce. Dwa samochody były rozbite, a wokół walały się różne pozostałości. Podniosłam coś drewnianego z rękojeścią, myśląc, że to tłuczek do ziemniaków. Wymachiwałam nim beztrosko, a przerażony Dominik krzyknął : - Rzuć to i padnij na ziemię! Rzuciłam się w zaspę śniegu. Był to Niemiecki granat, który natychmiast detonował. Obrzuciło nas śniegiem i zmarzniętą ziemią. I tym razem szczęśliwie uszłam z życiem. Widocznie czuwała nade mną opatrzność Boża?

         Życie po wojnie w miarę spokojne, ale braki i niedostatki towarzyszyły nam nadal. W 1947 r. ukończyłam szkołę podstawową w Libuszy z bardzo dobrym wynikiem. Znalazłam się w szóstce najzdolniejszych uczniów, wytypowanych do gimnazjum w Bieczu. Niestety, nie miałam warunków do dalszego kształcenia. Pokonując wszystkie trudności, ukończyłam Średnią Szkołę Rolniczą z bardzo dobrym wynikiem. Niestety – dalej nie miałam możności się uczyć. Pracowałam w gospodarstwie rodziców. Moje życie było szare, smutne i beznadziejne.

         W siedemnastym roku mego życia powiało nadzieją, poznałam chłopaka, który był ładny, dobry, po prostu wymarzony. Po kilku miesiącach znajomości odjechał  do wojska na 3 letnią służbę w lotnictwie. Ja natomiast zostałam powołana do obowiązkowej formacji Służba Polsce, przydzielona do prac polowych w majątku pegeerowskim w Mioduniszkach Dużych w woj. Olsztyńskim. 150 dziewczyn pochodzących z okolic Biecza i Gorlic umieszczono w opuszczonym pałacu. Każdy dzień wypełniony był ćwiczeniami wojskowymi i pracą polową. Wśród rozległych pól i lasów sosnowych, pobyt w „SP” był moją wspaniałą przygodą. Wróciłam pełna sił i wrażeń, postanowiłam walczyć o godniejsze życie. W tym czasie  otrzymałam pracę w Gorlickim Kopalnictwie Naftowym, jako referent magazynu odzieżowego. Chociaż byłam młodą pracownicą na odpowiedzialnym stanowisku, z powierzonych mi obowiązków wywiązywałam się należycie. Mój chłopak był nadal w wojsku. Pisałam listy i czekałam z niecierpliwością na jego powrót.

         W styczniu 1954 r. odbyły się nasze zmówiny, rodzice przy wódce radzili nad naszą przyszłością. W pewnej chwili mój ojciec z powagą powiedział:

-         Jesteście narzeczeni – możecie się pocałować !

Byłam zdziwiona i głupio mi było, że nie czekałam z tym na pozwolenie rodzica.         Był Wielki Poniedziałek 1954 r., dzień zaczął się smutny, niebo zakryło się ciężkimi chmurami. Zaczął padać deszcz ze śniegiem i wiał silny wiatr. W taką psią  pogodę pan młody jechał z Dominikowic z pięcioma  furmankami zaprzężonymi po dwa konie dobrane maścią. Jechali z nim : rodzice, rodzina, drużba i goście, a muzykanci skoczną melodią umilali tę niezapomnianą podróż. Wszyscy byli  zziębnięci, przemoczeni, ale w doskonałych humorach.

         Ksiądz kanonik Bernard Koszyk, zazwyczaj małomówny, był dla nas uśmiechnięty jakby chciał nam wynagrodzić, że na taką uroczystość zabrakło dla nas słońca. Pan organista Stanisław Pisarczyk też jakby głośniej niż zwyczajnie dla swej sąsiadki grał piękny utwór  Mendelssohna. Po zaślubinach odbyło się przyjęcie weselne dla stu osób, które przy doborowej kapeli trwało do białego rana.

         Zamieszkaliśmy pod jednym dachem z rodzicami w nieukończonym domu murowanym. Ukończyliśmy drugą połowę domu, licząc na powiększenie rodziny. Urodziłam trójkę dzieci : Elżbietę (1955r.), Zygmunta (1958r.) i Andrzeja (1963r.) Pracowałam nadal w kopalnictwie, a mama pomagała mi w wychowaniu naszych pociech. Było mi ciężko, tym bardziej, że mąż porzucił mało intratne krawiectwo i zatrudnił się w Zakładzie Poszukiwań Nafty i Gazu w Jaśle. Jednocześnie uczył się w Technikum Przemysłu Naftowego w Krośnie. Dzieci podrastały, a rodzice moi już w podeszłym wieku wymagali  opieki. Dlatego byłam zmuszona zwolnić się z pracy, gdyż mój mąż pracował nadal  w terenie.                                     

         Czas płynął szybko, dzieci uczyły się dobrze, zdobywały zawody i kolejno zakładały swoje rodziny. Gdy mąż w 1977 r. przeszedł na rentę chorobową, zajęliśmy się naszym posłannictwem to jest : pisarstwem i tworzeniem Muzeum. Prace ułatwiały nam utwory pisany wcześniej „do szuflad”.

         Życie małżeńskie płynęło w zgodnej harmonii choć nie zawsze słoneczko świeciło, były troski i zmartwienia. Mimo tego szliśmy przez życie razem wspomagając się wzajemnie, w zdrowiu i chorobie, bez zdrad i niedomówień. Mąż otaczał mnie miłością i szacunkiem, był mi podporą w każdej życiowej potrzebie. Ja również starałam się miłością i dobrocią wspierać męża w każdej chwili. W zgodnej harmonii planowaliśmy poszczególne etapy naszej twórczej pracy, w której były wzloty i upadki. Razem  cieszyłam się ze wspólnych osiągnięć.

         Nadszedł rok 2004, pięćdziesiąta rocznica naszych zaślubin, a zarazem rok tragedii rodzinnej. W szpitalu Nowosądeckim, na oddziale urologii umierał nasz syn Zygmunt, człowiek sprawiedliwy, uczciwy i pracowity. Był naszą podporą życiową na starsze lata. Był pracownikiem Fabryki Maszyn "Glinik" w Gorlicach. Troszczył się o bliźnich a za mało dbał o siebie. Liczył niespełna 46 lat. Byłam z mężem przy jego łóżku na intensywnej terapii, gdzie aparaty podtrzymywały jego życie. Lekarz nie dawał nadziei, ale u nas rodziców do ostatka nadzieja była.

         Odszedł na zawsze 23 marca 2003 r. mój ukochany syn Zygmunt Antoni Pabis. Przeżyłam ten smutny obrządek pogrzebowy jak we śnie, a później wróciły łzy i żal po stracie ukochanego dziecka. W Wielką Sobotę przy grobie Chrystusa płakałam: "– Jezus w grobie i dziecko moje w grobie". Długo jeszcze po odejściu syna nie mogłam stłumić żalu. Codziennie płakałam. Najwięcej przeżywałam tę pustkę wieczorem. O zmroku chodziłam jak pijana i patrzyłam smutnymi oczyma w niebo, w myślach rozmawiałam ze swoim dzieckiem.

         Czas mija szybko. Mam już dorosłe wnuczęta, starsze już po studiach w Krakowie. Wnuczka Karolina już zamężna, doczekałam się prawnuczki Kingi. Zaś młodsze wnuczęta uczą się wzorowo w szkole podstawowej i  średniej. Cieszę się ogromnie każdym ich sukcesem.              

         Całe swoje życie spędziłam na wsi, bo widocznie tak się Stwórcy spodobało albo jak kto woli – tak było mi pisane. Często starałam się  wyrwać z tego środowiska, ale zawsze stawała przede mną jakaś przeszkoda, której nie mogłam pokonać i tak już zostało. Chociaż musze przyznać, że lubię wieś z jej przestrzenią zieloną, drzewami i wonnymi kwiatami. Mimo, że praca na roli jest ciężka, niewdzięczna, często bolą ręce od roboty, a od słonecznej spiekoty pot  spływa z czoła, to jednak wszystko łagodzi śpiew skowronka, który wiosną stara się nad głową rolnika umilać pracę swoim śpiewem, a latem wiatr niesie ochłodę w postaci zapachu skoszonej trawy, woni polnych kwiatów, miododajnych  lip i akacji. A wieczorem na ławce przed chatą chwila wytchnienia.                                                                                

 

 

 

© Wszelkie prawa zastrzezone     INTERAKTYWNA POLSKA
Webmaster: libusza@onet.eu